Rowerroryści!
- pomyślał i przerażony rzucił się do ucieczki. Wyglądali dokładnie tak, jak opisywał ich tatko, gdy zmęczony wracał z nocnej zmiany w hucie. Dzierżyli w rękach wielkie, stalowe koła zębate, pokryte zakrzepłą krwią przypadkowych przechodniów, byli ubrani w przepocone, oślizgłe koszulki w barwach wojennych, a poorane bliznami twarze kryli za brudnymi pejsami i nasuniętymi na czoła, plastikowymi jarmułkami. Jak nic rowerroryści! Dopadną go w ciemnej bramie, wykłują oczy zardzewiałą szprychą, odrąbią ręce kołem zębatym i zostawią, żeby się wykrwawił. (…)
Wściekła banda pędziła tuż za nim, dzwoniąc zatrzaskami pedalskich butów cyklistycznych, niemal czuł na karku ich nieświeży chuch isostaru. Prawdę mówił tatko, że rowerroryści noszą podkute żelazem buty, żeby przy pełni księżyca miażdżyć nimi główki porywanych niemowląt. Wtedy w to nie wierzył, wiadomo, różne rzeczy tata opowiada synowi po czwartej skrzynce “Królewskiego”. A teraz miał się przekonać, że to nie były bujdy. I to na jego własnym podwórku, przez które dawniej żaden flancowany przygłup z rowerem czy komórką nie przeszedł żywy. Świat się przewraca!
via Zielone Mazowsze

